Walka i modlitwa
Walka i modlitwa
Wywiad z Maćkiem Skupińskim.
TREŚĆ:
O mały włos nie trafił do więzienia. Niewiele brakowało, a byłby księdzem. Zamiast tego Maciej Skupiński został mistrzem świata w tajskim boksie.
Rodzice zapisali mnie wraz z bratem bliźniakiem na akrobatykę sportową. Jednak jeszcze w szkole podstawowej pasjami oglądałem film "Kickbokser" z Jeanem CIaudem Van Dammem. Poza tym jeden z zachodnich kanałów telewizyjnych często pokazywał walki z Tajlandii. No i co tu du mówić, wzięło mnie - wspomina Maciek. Przez siedem lat trenował karate. Pamiętam, że pod koniec mojej przygody z tą dyscypliną przychodziłem na zajęcia w stroju tajskiego boksera - śmieje się. Skupiński nie ukrywa, dlaczego sporty walki były wówczas dla niego najważniejsze. - Chciałem imponować innym. Z bratem byliśmy bramkarzami w dyskotece i laliśmy się, bo to lubiliśmy. Przesadziliśmy i trafiliśmy do aresztu. Wtedy pierwszy raz dotarło do mnie, że coś jest nie tak.
* Przemiana
Prawdziwe otrzeźwienie przyszło potem. Okazało się, że mama Maćka jest nieuleczalnie chora. To był szok, osoba, którą tak kochałem, odchodziła. Mama była fizicznie niezdolna do niczego, ale duchowo była silna i pogodna. Nie załamywałem się. Kiedy odeszła, coś się we mnie przełamało, wiara w Boga wiele mi dała. Wcześniej wyznawałem "kult siły", dowartościowywałem się za pomocą walki. Teraz tego nie potrzebuję. Boksuję, bo lubię. Maciek postanowił wstąpić do seminarium duchownego, gdzie wytrzymał jednak tylko trzy miesiące. - Nie żałuję tej decyzji. Zobaczyłem, że to nie dla mnie. Mojemu bratu Michałowi, który przez pewien czas był w zakonie, też się nie udalo.
* Liczy się walka
Wszystkie te historie zmieniły Maćka.
Jak sam przyznaje, "zrozumiał, że świat nie kończy się na nim". Założyłem razem z bratem klub sportowy. Na początku nazywał się "Skorpion", z czasem zmienił nazwę na "Serafin", czyli anielski chór chwalący imię Boga. Nie czuję potrzeby by wyszkolić, mistrza. Chcę, bymoi zawodnicy nauczyli się pracowitości i wytrwałości, zdrowej motywacji. A bez tych cech w tajskim boksie nie masz czego szukać. Tu nie ma sztuki dla sztuki, zdobywania pasów itp. Tu swoją wartość musisz udowodnić w walce. W klubie panuje rodzinna atmosfera. Skupiński organizuje wigilie, a jego podopieczni jeżdżą dopingować go na walkach.
Maciek jest rnagistrem pedagogiki, pracuje też w jednym ze stołecznych gimnazjum. - Chyba potrafię dotrzeć do chłopaków, do ich rodziców też. Ostatnio musiałem przekonać ojca jednego z nich, by pozwolił mu dalej trenować. Było ciężko, bo chłopak złamał nos.
* Co ja tutaj robię?
Rok temu na treningu w Kazachstanie Maciek zrealizował jedno ze swoich marzeń. Został amatorskim mistrzem świata w kategorii do 67 kg. -Wczesniej wziąłem udział tylko w jednym turnieju międzynarodowym. Trenowałent w piwnicy albo na boisku. więc jechałem pełen obaw. Myślałem - co ja tutaj robię? Ale widziałem też w tym wszystkim swój krzyż. Pokonanie słabości, przeciwności i osiągnięcie celu wynagrodziło mi ciężką pracę. Wszystko zaczęło mieć sens. W tegorocznych mistrzostwach Maciek nie wziął udziału. Znalazł się jego godny następca najlepszy na świecie okazał się Filip Rządek z Kalisza. Nie czuję zazdrości, naprawdę cieszę się z sukcesu Filipa. Nie chcę być nieskromny ale amatorski boks już mnie nie interesuje, chcę walczyć z najlepszymi, bez ochraniaczy. Przed paroma dniami Skupiński został międzynarodowym mistrzem boksu tajskiego Polskiego Zrzeszenia "Muay Thai". Niby nic wielkiego, ale cieszę się, bo mój rywal kiedyś zdrowo mi dołożył. Teraz mu się zrewanżowałem. W Polsce ciężko być zawodowcemi. Nie ma promotora, wspiera mnie tylko Polskie Zrzeszenie "Muay Thai".
* Boks sport narodowy
Innym marzeniem Maćka była wizyta w ojczyźnie jego ukochanej dyscypliny - Tajlandii. Boks to ich sport narodowy, zakorzeniony w tradycji. Nie można tego do niczego porównać. Dzięki niemu młodzi ludzie uczą się szacunku, mają zupełnie inną mentalność. Może dlatego Tajlandia nie straciła niepodległości? Mnie zaskoczyło też, że swojego króla traktują jak boga. U nas nie ma takiego kultu. No bo kogo młodzi ludzie mieliby tak szanować.
- Zmieniłem się strasznie i nadal się zmieniam. Dawno już nie miałem sytuacji, w której musiałem użyć swoich umiejętności. Jak się taka szykowała, pogadałem z tym chłopakiem i było po sprawie. Teraz nie czuję żadnej agresji wobec ludzi. Pomoga mi w tym wiara i poświęcenie dla sportu. Zdecydowanie wolę siebie dziś. Sukcesy w walce nie muszą mi służyć. Nie chcę, by decydowało o tym, czy jestem kimś, czy nie. Nie chciałbym też stać się zarozumiały, wpędzić się w pychę ani próżność. Moje marzenia? Nie wybiegam daleko w przyszłość. Jutro czeka mnie wymagający dzień i najpierw o nim trzeba pomyśleć - żegna się ze mną Maciek.