Mistrzostwa Świata MuayThai Bangkok 2007
MS MuayThai 2007 Bangkok

W dniach od 27 listopada do 5 grudnia 2007 br. w stolicy Tajlandii, Bangkoku odbywały się kolejne Mistrzostwa Świata w MuayThai. Ponieważ miesiąc wcześniej byłem na innej wielkiej imprezie dotyczącej sportów walki a mianowicie Mistrzostwach Świata w Shinkyokushin rozgrywanych w Tokio, nie sposób mi będzie pisać bez dokonywania bieżących porównań tych bezsprzecznie dwóch największych imprez w świecie amatorskich sportów walki.
Do Bangkoku leciałem jako jeden z trzech polskich sędziów powołanych do składu sędziowskiego, poza mną lecieli Andrzej Kapusta i Robert Miękczyńśki. W stolicy Tajlandii wylądowaliśmy dzień wcześniej, bo 26 listopada, od samego początku dało się odczuć wagę imprezy, zaraz po przylocie zostaliśmy odebrani przez członków komitetu organizacyjnego i przeprowadzeni do odprawy paszportowej dla VIP-ów, tak że ominęła nas wątpliwa przyjemność stania w długiej kolejce dla turystów. Po odprawie specjalnym busem odwieziono nas do luksusowego hotelu w centrum Bangkoku - Aleksander Hotel.
Hotel był przez cały czas siedzibą zarówno biura organizacyjnego, jak i w nim odbywała się waga oraz wszelkie zebrania i szkolenia dotyczące Mistrzostw.
Sam Bangkok stanowił dla mnie duże zaskoczenie, ogromne kilkunastomilionowe miasto, zameldowanych mieszkańców jest ponad 7 milionów, co najmniej drugie tyle mieszka bez zameldowania. Po sterylnym Tokio, gdzie nie widziało się ani jednego śmiecia tutaj całe góry, stolica Tajlandii to miasto bez koszów !!, śmieci ludzie wywalają po prostu na chodnik z którego w nocy zbierają je śmieciary, masy dobrze odżywionych leniwie leżących bezpańskich psów a w nocy nawet można w centrum miasta zobaczyć beztrosko biegające szczury na które nikt nie zwraca uwagi. Do tego po zapadnięciu zmroku, czyli około 17 -18 każdy chodnik zamienia się w targowisko, ludzie handlują wszędzie i wszystkim, dookoła ogromny ruch uliczny, wielkie całodobowe korki, kilkupoziomowe estakady, po których przebiegają autostrady i ogromne mrowisko ludzi. Krótko mówiąc stolica Tajlandii robi wrażenie !! I dysproporcje, obok ekskluzywnego hotelu mamy jakieś rozpadające się budy, z jednej strony ogromny wieżowiec a tuż obok jakiś ściek, na każdym kroku widać jak Bangkok startuje jako kolejna nowa potęga gospodarcza, może to dziwne, ale jako metropolia przytłaczał mnie o wiele bardziej niż dwudziestomilionowe Tokio. Może, dlatego, że w Japonii wszystko miało swoje miejsce i czas, wszystko chodziło jak w szwajcarskim zegarku a tutaj jeden wielki chaos twórczy.
Kolejnym elementem Tajlandii jest osoba króla Ramy, w każdym warsztacie, każdym sklepie, na każdym skrzyżowaniu jest miejsce poświęcone królowi, i to nie na zasadzie strachu, lecz prawdziwego uwielbienia, dla mnie to był fenomen, nigdy nie spotkałem się żeby naród tak naprawdę kochał swojego władcę, widziałem w Egipcie portrety Mubaraka, lecz ten kult przypominał kult Stalina, w Tajlandii król Rama jest najważniejszą osobą dla każdego Taja. I jako zakończenie mojego opisu Tajlandii, muszę powiedzieć, że był to kolejny kraj, w którym przez cały pobyt nie widziałem pijanego tubylca, gdzie na ulicy nikt was nie zaczepi a za posiadanie narkotyków dostaje się dożywocie. I to jest naprawdę smutne, ponieważ dopiero podczas wyjazdów widać jak bardzo jesteśmy rozpitym społeczeństwem i jak wielka jest stopa huligańswta w naszym kraju.
Wracając do samych Mistrzostw, tegoroczne były rekordowe, termin specjalnie dobrano by finały zbiegły się z osiemdziesiątymi urodzinami króla. Łącznie startowało 632 zawodników z 100 krajów świata, jeśli do tego doliczymy 386 oficjeli, otrzymamy niebagatelną liczbę ponad tysiąca uczestników. Wszystkich tych ludzi codziennie specjalne autokary odwoziły i przywoziły z hali, wszyscy mieli zapewnioną obsługę biura i wszyscy mogli w każdej chwili liczyć na pomoc. Same Mistrzostwa zostały zorganizowane pod wspólnym szyldem zarówno federacji amatorskiej IFMA jak i zawodowej WMC, patronat nad nim objął również GAISF (federację grupującą sporty starające się o wejście na olimpiadę) a podczas zawodów byli również obecni przedstawiciele MKOL-u. Ze strony Polski poparcia udzielił Minister Sportu Pan Mirosław Drzewiecki.
Po uroczystym otwarciu byłem trochę zawiedziony, świeżo pamiętając wielką halę w Tokio, ogromne wiszące telebimy oraz niesamowitą oprawę wizualną tamtych mistrzostw, widząc halę na ostatnim piętrze wielkiego domu towarowego z kilkusetosobową widownią, bez jakieś wielkiej oprawy byłem trochę rozczarowany. Wszystko się zmieniło, gdy zaczęły się walki, dziesięć dni walk, na trzech ringach non stop od godziny 13 do 21, jako sędzia już po kilku dniach byłem zmęczony, tym bardziej, że Tajowie sukcesywnie ścinali skład sędziowski tak, że na naszym ringu liczba sędziów zmniejszyła się z 33 do 15 osób, jeśli popełniało się błędy to sędzia główny tego nie komentował tylko po prostu nie wpisywali tego pechowego sędziego do kolejnych walk. Zawody odbywały się jednocześnie w dwóch klasach A i B, B to amatorzy, A to przeważnie zawodnicy walczący zawodowo, mający na swoim koncie już wiele tytułów. Walki toczyły się jednocześnie na trzech ringach, na ringu A klasa A, B klasa B, na C - juniorzy i kobiety. Po bardzo zróżnicowanej pierwszej rundzie poziom z dnia na dzień się podnosił a walki stawały się coraz bardziej zacięte, trzeba było walczyć, gdy zawodnik nie atakował tylko się bronił walkę przerywano ze względu na różnicę klas, gdy któryś z zawodników nie stawiał się na czas, walkę zaraz rozstrzygano na korzyść tego, który już był na ringu, szczerze mówiąc takiego tempa walk w życiu nie widziałem.
Jeśli chodzi o klasę B, to Mistrzostwa zdominowali Irańczycy, praktycznie połowa finałów w tej klasie odbyła się z ich udziałem, bardzo dobrzy tradycyjnie byli Rosjanie, Kazachowie, Ukraińcy, Uzbecy oraz Turcy. Wszystko to były wielkie, kilkudziesięcioosobowe ekipy świetnie przygotowane do startu. W klasie A, walczyli zawodowcy, mimo że Mistrzostwa Świata są imprezą z nazwy amatorską, to jako przykład z pogranicza kawału, jacy amatorzy startują w tej klasie mogę powiedzieć to, że myślałem, że z krzesła spadnę, gdy zobaczyłem jak w finale Tajowie ubrali swojemu zawodnikowi kask tył na przód, co jasno świadczy o tym że robili to chyba pierwszy raz w życiu. I jak się można było spodziewać kategorie lekkie to była strefa dominacji Tajów, świetnie przygotowani, doskonale wyszkoleni, dosłownie demolowali swoich przeciwników, i znowu porównując do Japonii, żadnych kantów sędziowskich, zgodnie z przepisami sędziowie Tajscy nie mogli sędziować swoich zawodników, mało tego uczulali innych sędziów, że mają być bardzo stanowczy i zdecydowani w stosunku do zawodników miejscowych, to jest to, czego Japończycy nie potrafią zrozumieć mimo kilkudziesięciu lat historii Kyokushin, ma wygrać lepszy a nie swój. W kategoriach cięższych medalami podzielili się Rosjanie z Ukraińcami, Białorusinami i Kazachami. To jest fenomen, że obojętnie gdzie by się nie jechało na podium zawsze widać zawodników zza naszej wschodniej granicy. Wszyscy są zawsze bardzo dobrze przygotowani kondycyjnie, technicznie, bardzo dobrze zmotywowani i w pełni skoncentrowani na sukcesie.
Najlepszym zawodnikiem Mistrzostw został zdobywca złego medalu w kategorii do 75 kg Rosjanin Artem Lenin, który w finale po pięknej walce pokonał równie dobrze przygotowanego Białorusina Gorbaczewa, którego Polscy kibice pamiętają z pięknych walk z Maćkiem Skupińskim.
I tak naprawdę, czym jest MuayThai dla Tajów zrozumiałem dopiero ostatniego dnia. Finały odbywały się w ogrodach królewskich, zostaliśmy odwiezieni na miejsce, po drodze setki tysięcy ludzi jednakowo żółto ubranych stało w kilometrowych kolejkach do wyjść. Weszliśmy do ogrodów i znowu rozczarowanie, porównując z rozmachem finałów w Tokio poczułem się jak na ogromnym wiejskim odpuście. Wielkie pole, tysiące ludzi, żar z nieba, ciasnota i duchota a to mają być finały największej imprezy na świecie. Mówiąc szczerze nie tak to sobie wyobrażałem. Wszystko zaczęło się zmieniać po zapadnięciu zmroku. Urodziny króla, ogromne pokazy ogni sztucznych, każdy dostał świecę do ręki, las świec, śpiew pieśni z setek tysięcy gardeł, to było coś. A potem już po oficjalnym zakończeniu Mistrzostw spełniło się moje największe marzenie, rozpoczął się turniej S1, taki tajlandzki odpowiednik K1, i wtedy zostaliśmy poproszeni o sędziowanie imprezy. Trzech sędziów z Polski, jeden Francuz i jeden Irańczyk. I wtedy dopiero zrozumiałem,co to jest Boks Tajski. Bezpośrednia transmisja w Eurosporcie i telewizjach tajlandzkich, dwa wielkie telebimy obok ringu, setki tysięcy Tajów wszędzie dookoła, na polu, na drzewach, na dachach autobusów, dosłownie wszędzie, kibiców tak dużo że sekundanci się nie mieścili, dosłownie morze ludzi, podświetlenie tylko ringu i trybun i.i cisza.. tradycyjna tajska muzyka i tylko ejjj !! w momencie trafienia, czułem się jak na Kickbokserze z Van Dammem. W Tajlandii jest wiele sportów popularnych, jest golf, jest piłka nożna, ale MuayThai jest dla nich jak religia, walki zawodowe mają bardzo mało ze sportu to jest jak jakieś wydarzenie na pograniczu mistycyzmu, jak zbiorowy narkotyk, i prawdę powiedziawszy to trzeba przeżyć by zrozumieć. I to była chwila, gdy po kilku latach zajmowania się Boksem Tajskim zrozumiałem po raz pierwszy, co tak naprawdę robię.
Jeśli chodzi o start naszych zawodników, to w tym roku trochę skromniej, jeśli chodzi o wyniki. W klasie B w wadze do 91 kg trzecie miejsce zdobył Jan Błachowicz, w klasie A w tej samej wadze również trzecie miejsce zdobył Daniel Sołtysiak. Reszcie zawodników nie udało się niestety zdobyć miejsca medalowego, w jednych przypadkach zabrakło trochę szczęścia jak Markowi Matule, który nie mógł dalej walczyć z powodu rozcięcia łuku brwiowego, w innych przygotowania kondycyjnego a jeszcze w innych zwykłej koncentracji.
Za rok kolejne mistrzostwa odbędą się w Korei, czego się można spodziewać? Na pewno zawodów doskonale przygotowanych, ogromnych pieniędzy, czegoś na wzór Tokio, miejmy tylko nadzieję, że duch zostanie taki jak w Tajlandii bo to on tworzy prawdziwe MuayThai.